John Wick następny rozdział

Categories Czytam Słucham Oglądam

Minęły trzy lata i John Wick jak gdyby nigdy nic kończy historię z pierwszej części. Jak gdybyśmy na chwilę przerwali nasz seans w kinie, „wyszli coś zjeść”*, a potem wrócili przed ekran. Na pilocie nacisnęli „play” i dokończyli razem z Johnem jego historię.

Napisałem „dokończyli”? Głupi ja. Ta historia się dopiero zaczyna jak widać. Tytuł w oryginale brzmi „John Wick Chapter 2”, czyli rozdział drugi. To nie takie proste „John Wick 2” i sprowadzenie do jednego słowa „sequel”. Tutaj jest prosty przekaz. Rozdział drugi. Pierwszy stał się kinowym udanym debiutem, drugi jest kolejnym słowem reżysera Chada Stahelskiego, ale nie jego ostatnim. Zatem kolejnych filmów z Keanu Reevesem jako seryjnym zabójcą na zlecenie spodziewajmy się w przyszłości również.

Film z 2014 roku o podobnym tytule był w przeciwieństwie do drugiego rozdziału istnym festiwalem dialogów. W filmie z 2017 roku jest akcja, akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Dialogi są tak skąpe, że aż praktycznie niezauważalne… No dobrze. Są zauważalne, ale jakoś tak bardzo oszczędne. Przez to pozostawiają jedynie smaczek w „klasycznej nawalance”. Chociaż należy też sobie postawić pytanie, czy czasem właśnie nie oglądamy filmu, który wyznacza nowe standardy w „klasycznej nawalance” i czy przypadkiem nie jest to właśnie film raczej oznaczany klasą samą w sobie.

Nowy rozdział zaczynamy od końcówki akcji z pierwszej części. Najprościej rzecz ujmując, Wick wyjaśnia wątek z 2014 roku roznosząc w pył całą diasporę rosyjską Nowego Jorku, bo chyba nikt z niej żywy nie wychodzi. No, może kilka osób przetrwało, bo też akurat „wyszli coś zjeść”.

Potem jednak wątek rozpoczyna się kolejny, na tyle istotny, że Jonathan Wick znowu nie może odejść na emeryturę i po raz kolejny najpierw musi załatwić istotną dla swojego życia i spokoju sprawę. Oczywiście, kiedy kończy załatwiać jedną, zaraz wpada w kolejną, co powoduje, że za niedługo znowu poznamy dalsze losy najlepszego na świecie płatnego zabójcy.

Twórcy filmu bardzo się postarali, żeby wszystkie sceny były bardzo dokładne i dynamiczne. Oczywiście przy scenach akcji. Jeśli w filmie napotkamy na uspokojenie akcji, to tylko po to, żeby budować napięcie.

Oczywiście film nie jest ani dramatem ani filmem psychologicznym. Jest filmem tzw. akcji z dużą, ale nie nadmierną ilością krwi, natomiast zaścielonym trupem od podłogi po sufit. Skąd czerpali twórcy? Dość powiedzieć, że jedną z najlepszych sekwencji filmu jest nawiązanie do walki Bruce’a Lee z legendarnego „Wejścia smoka” z 1973 roku w gabinecie luster. Tutaj mamy coś, co można nazwać wręcz remakiem tej sceny. I choćby dlatego warto ten film obejrzeć.

Poza tym są dobre garnitury, trochę humoru sytuacyjnego, dobra obsada aktorska, a Neo ponownie spotyka się z Morfeuszem**. I znowu jest pięknie…


*) nawiązanie do płyty grupy Rasmentalism pod tym samym tytułem

**) nawiązanie do filmu „Matrix”